wtorek, 13 maja 2014

O marzeniach kilka słów

Mijają lata, a ja mam jedno niezmienne marzenie.
Banalne i powszechne.
Mam tę wizję od dawna, ale teraz co raz częściej się nad nią zastanawiam i analizuję.
Często wspominam pewną randkę (mam nadzieję, że mąż tego nie czyta;)) w Warszawie. Prawnik pracujący we własnej kancelarii w stolicy, wychowany w Nowym Yorku, z mieszkaniem w Paryżu zapytał mnie o to jak wyobrażam sobie swoje życie za 20 lat. Gdzie jestem, co robię i o czym myślę?
A ja bez zastanowienia powiedziałam kilka prostych słów:
"Mały, biały domek, na skraju lasu, 
drewniana, skrzypiąca podłoga, 
duże okna, 
zapach ciasta drożdżowego, 
pełna spiżarnia, 
śmiech dzieci 
i pies."
Ta odpowiedz dźwięczy mi w uszach do dzisiaj, a przed oczami widzę jego zdziwioną minę. Wtedy każde z nas postrzegało życie inaczej, kierowaliśmy się innymi wartościami. Teraz zastanawiam się jak wiele zależy od nas, jak kształtuje nas otoczenie i jak określają geny. Mamy inne priorytety, potrzeby i to jest piękne. Dla jednych dom, dla drugich podróże. Dla niektórych kasa na koncie, dla innych telefony, buty i samochody. Fajnie kiedy stać nas na wiele, ale jeśli nie, musimy dokonywać wyborów, które czasem są trudne i bolesne.
Posiadanie domu wymaga wielu wyrzeczeń, energii i emocji. Budowa nie trwa rok, to pasmo trudności, decyzji, ale również satysfakcji.
Dom to mury i dach, działka, na której stoi to jedynie kawałek ziemi, więc w tych marzeniach chodzi chyba o coś więcej...?
Dom to dla mnie synonim rodziny, miłości, bliskości i poczucia bezpieczeństwa.
Ale są przecież ludzie mieszkający całe życie w malutkich mieszkaniach w blokach z wielkiej płyty, spędzają wakacje na działkach ogrodniczych i co? i są szczęśliwi. Znam wiele takich rodzin i obserwuję swoich sąsiadów. Nie jest im potrzebny wielki, drewniany stół, ani lniany obrus, by cieszyć się sobą, by czerpać przyjemność ze swojego towarzystwa, by biesiadować w rodzinnym gronie nie tylko od święta, by czuć się ze sobą dobrze. 
Z drugiej zaś strony ilu w naszym otoczeniu jest ludzi mieszkających w wielkich, nowiutkich i pięknych domach? Nie ma w nich miłości, porozumienia, szacunku i wspólnych tematów do rozmów.
Możliwe, iż powierzchnia na której żyjemy nie ma najmniejszego znaczenia? 
Są dni, kiedy wydaje mi się, że nie potrzebuję więcej niż mam. Moje życie mnie satysfakcjonuje i daje poczucie spełnienia. Zimą jest nam ciepło, latem możemy wyjść na spory balkon. Każde z nas ma swój kąt, może tam zebrać myśli, popłakać i się wyciszyć. Wbrew pozorom niewielka powierzchnia mieszkania nas nie ogranicza, bo mimo braku miejsca i krzeseł odwiedzają nas znajomi i przyjaciele. Może w dużym domu było by wygodniej, ale na pewno nie milej:)

A co z potrzebą pozostawienia po sobie czegoś materialnego, czegoś czym mogłyby cieszyć się nasze dzieci i wnuki? Budujemy domy dla kolejnych pokoleń, aby nie miały poczucia szeroko pojętego wydziedziczenia. Ale co jeśli one wcale nie będą nim zainteresowane, przerośnie ich poczucie odpowiedzialności, a przywiązanie do miejsca stanie się dla nich obciążające? 

Żyjemy chwilę, krótką chwilę z perspektywy całego świata. Spełniajmy marzenia, dokonujmy dobrych wyborów, myślmy o sobie, ale i o innych. Nośmy w sobie pozytywne emocje i pielęgnujmy je. Bez względu na to gdzie jesteśmy, co robimy i gdzie śpimy:)
:)

http://www.pinterest.com/






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz