środa, 30 lipca 2014

Paradoks wolnego czasu

Oj,
gdyby tak Laura przesypiała całe noce,
gdyby tak chodziła spać o 20 i wstawała o 8,
gdyby tak sama jadła wszystkie posiłki,
gdyby tak robiła sobie w dzień dwie drzemki po 2 godziny,
gdyby tak bawiła się sama,
gdyby tak sama przeglądała książeczki,
gdyby tak mieszkała z którąś babcią,
gdyby tak ktoś wziął ją od czasu do czasu na spacer, albo na rower
to moje życie było by inne;)

Miałabym zawsze umyte włosy i makijaż, chodziłabym systematycznie do kosmetyczki (bo zaniedbania na przestrzeni dwóch lat ciężko naprawić w ciągu jednego seansu;);)), codziennie wieczorem nakładałabym błotną maseczkę, a pod prysznicem zawsze peelingowała całe ciało, piekłabym świeży chlebek i masło bym swoje wyrabiała, co weekend mielibyśmy na stole ciasto i kawę gorącą bym piła, lodówkę miałabym pełną, bo spokojnie na zakupy codziennie bym poszła i kurzu na telewizorze bym nie miała i balkon pełen cudownych kwiatów i ziół, obiad na określoną godzinę z dwóch dań i deser ze świeżych owoców co dzień inny, wyprane ubrania na pewno bym wyprasowała i poukładałabym w końcu w szafie, podłogę umyła i dywan bym wytrzepała, może jakieś wino wypiła i książkę przeczytała, do kina z mężem bym się wybrała i wiele innych ciekawych rzeczy porobić bym chciała.....

I stało się.
Marzenia się spełniły i w moim macierzyńskim życiu zdarzyły się te idealne dni. Pojechałyśmy do babci i dziadka, gdzie atrakcji nie brakowało. Laura bezproblemowo chodziła spać o 20 i spała w dzień. Dziadek zabierał ją na spacery, a babcia karmiła. Ciocia spędzała z nią czas na zabawie, a mama w tym czasie........

Nic nie robiła,
nic,
nic, nic.

I mam takie wrażenie, że mimo tego natłoku wszystkich, domowych obowiązków robię więcej niż kiedy naprawdę mam czas wolny. Wtedy wydaję mi się, że muszę odpocząć, zrelaksować się i po prostu nic nie robić. Mam wtedy nieco lepszy humor, niż kiedy działam na najwyższych obrotach bez chwili wytchnienia.

Wróciłam do domu i wszystko jest po staremu, co prawda zregenerowałam się nieco, ale teraz już wiem jak łatwo przyzwyczajamy się do dobrego i wciąż pragniemy więcej, lepiej bardziej.





wtorek, 29 lipca 2014

Naleśniczki jaglane i domowy kisiel truskawkowy

Ostatnio gotuję tylko to, co muszę. Jest tak gorąco, że na samą myśl o garnkach, patelniach i kuchence robi mi się słabo. Dziecko jednak coś jeść musi, a że uwielbia wszystkie rodzaje naleśników i placków to matka zakasa rękawy i smaży.

Naleśniczki jaglane są delikatniejsze niż placki, które robiłam do tej pory( PRZEPIS TUTAJ )
Ciasto jest rzadsze i zbliżone gęstością do tradycyjnego ciasta naleśnikowego. Naleśniczki są cieńsze i mniej wyczuwalny jest smak kaszy.

Co potrzebujemy?
  • pół szklanki suchej kaszy jaglanej ugotowanej na sypko;
  • jajko;
  • łyżkę mąki ziemniaczanej;
  • pół szklanki wody;
  • olej (użyłam ryżowego);
  • szczypta soli.
Jak je przygotować?
Wszystkie składniki łączymy ze sobą za pomocą blendera. Ciasto powinno być nieco gęściejsze niż ciasto naleśnikowe. Powinno spływać z łyżki i dać się rozprowadzać na patelni. Smażymy jak naleśniki kilka minut z każdej strony.



Nie zjedliśmy mrożonych zapasów zeszłorocznych truskawek, dlatego staram się je na bieżąco wykorzystywać. Tym razem postanowiłam zrobić domowy kisiel.
Owoce wrzuciłam do garnuszka, wlałam odrobinę wody i gotowałam przez 5 min.
W 1/3 szklance zimnej wody rozpuściłam 2 łyżeczki mąki ziemniaczanej i wlałam tę magiczną mikturę do owoców:) Owoce zmiksowałam, ale mogły pływać w kisielu, byłoby równie smacznie);)
Gotowe!!
Nie potrzebujemy kisielu w torebce. Zrobienie tego domowego zajmuje tyle samo czasu, a przynajmniej wiemy co jemy.

nalesniki z kaszy jaglanej domowy kisiel truskawkowy


Smacznego!!

poniedziałek, 28 lipca 2014

Sezon na słoiki

Nie zastanawiam się czy to co robię jest modne? Czy jestem hipsterem, trendsetterem, a może mentalnym starym prykiem?
Nie kalkuluję, tylko robię to co podpowiada mi serce, robię to co lubię, co sprawia mi satysfakcję, bo chce czerpać z życia pełnymi garściami (czasami to jedynie pobożne życzenie).
Tym razem w moich rękach znalazło się kilkanaście kilogramów dorodnych, soczystych owoców sezonowych, zakupionych przez męża z myślą o zimie. Wydawałoby się, że podczas takich upałów nie przyjdzie mu to do głowy, a jednak :)
Obieraliśmy, wyrzucaliśmy pestki, smażyliśmy, gotowaliśmy, pasterowaliśmy..
Nasz bilans?
20 słoików konfitury morelowej,
20 słoików powideł śliwkowych,
10 słoików dżemu  wiśniowego,
10 słoików kompotu z renklody,
6 słoiczków jagód w syropie i 2 litry wiśniówki ;)



Mówi się, że lato sprzyja zakochaniu. Potwierdzam! Przekonałam się o tym biorąc w dłonie morele. Wcześniej omijałam je szerokim łukiem, nie znosiłam tej włochatej skórki, ale teraz byłam zmuszona do obróbki tego owocu. Zaskoczył mnie fantastyczny zapach i wyjątkowy kolor. Smażenie moreli to czysta przyjemność. W całym domu pachniało latem i na pewno przyjemnie będzie otworzyć słoik dżemu zimą.



Powidła gotowaliśmy dwa dni, ale było warto bo je uwielbiamy.




Wszystkie przetwory przygotowaliśmy tradycyjną metodą, czyli owoc plus cukier (nie za dużo, bo lubimy smak konkretnego owocu).
Przed włożeniem owoców słoiki wyparzyliśmy w piekarniku (10 min. na 100st.). Wszystkie nakrętki kupiliśmy nowe. 
Na koniec za pasteryzowaliśmy i gotowe.


Polecam! 
Róbcie przetwory w długie letnie wieczory. Jest w nich jakaś magia.
My planujemy przetworzyć jeszcze maliny, bo to nasze ulubione letnie owoce. Czekamy na okazyjną cenę i trochę wolnego czasu, bo nie ma nic przyjemniejszego od smaku dżemu, musu malinowego i dobroczynnej malinówki-oczywiście. Mając takie naturalne specyfiki w piwnicy nie straszna nam żadna grypa;)

Smacznego!!

sobota, 26 lipca 2014

Borówkowy zawrót głowy...


U dziadków jesteśmy już ponad tydzień.
Każdy dzień rozpoczynamy od wizyty w kurniku. Jeśli kury są już najedzone i spacerują swobodnie po "kurzym wybiegu", małe stopy mojej córki zmierzają w stronę borówkowych krzaków. Tradycją stało się, że Laura spożywa tutaj owocowe śniadanie. Wcześniej pasjami zrywała czerwone (choć nie tylko;)) truskawki, ale kiedy okazało się, że jest na nie uczulona musieliśmy wprowadzić zakaz zbliżania się do truskawkowego pola.
Z niecierpliwością wypatrywaliśmy kiedy zielony owoc będzie w końcu w odpowiednim, dojrzałym kolorze. Mieliśmy ogromną nadzieję na porządne zbiory, bo krzaki były wręcz oblepione zielonymi borówkami.
Doczekałyśmy się!!
Dziadek zrobił szybkie warsztaty zrywania, dzięki czemu wiedziałyśmy, że należy zrywać tylko ściśle określony kolorem owoc;)
I tak zaczęła się nasza borówkowa miłość.





Zawsze mamy ze sobą jakieś naczynie, w nadziei, że przyniesiemy coś do domu. Niestety większość ląduje w małym brzuszku bezpośrednio po zerwaniu. Laura potrafi zjeść ich naprawdę sporo i co dziwne zaspokajają głód na bardzo długo. 








Jestem pod ogromnym wrażeniem zdolności manualnych mojej córki. Teraz kiedy krzaki są już naprawdę ogołocone, potrafi precyzyjnie odnaleźć i złapać małą fioletową kuleczkę i zerwać. Nie popełnia żadnych zielonych gaf;);)





Aż sama się dziwię, że udało mi się ich spróbować;).
Te pierwsze były wyjątkowo słodkie i soczyste.
Teraz są nieco kwaśne.
Najgorsze jest to, że jedząc z krzaka zupełnie traci się kontrolę nad ilością pochłanianych owoców.

Smacznego!!!



piątek, 25 lipca 2014

Urządzamy kuchnie w nowym domu rodzinnym - nasze inspiracje

Jeździmy do moich rodziców niemalże co weekend.
Wydawać by się mogło, że wracam do domu rodzinnego z sentymentu i z wielkiej tęsknoty za przysłowiowymi "starymi śmieciami", ale nie do końca tak jest (a o tym jak dobrze czuje się w aktualnym miejscu zamieszkania pisałam W TYM POŚCIE).
Odkąd zamieszkałam z moim mężem moi rodzice wciąż zmieniali miejsce zamieszkania. Po tym jak kilka lat temu sprzedali mieszkanie, w którym spędziłam większość swojego życia, inwestowali każdą złotówkę i każdą wolną chwilę we własny, wymarzony dom. W tym czasie wiosenno-letnie weekendy spędzaliśmy w letniskowym domku na obrzeżach lasu, a zimowe w malutkim mieszkaniu babci. Mijały kolejne miesiące tułaczki i uciążliwego przemieszczanie się z całym dobytkiem, ale od kilku tygodni mieszkamy w nowiutkim, pachnącym świeżością domu.
Nie jest on jeszcze wykończony, brakuje mu wiele do tego idealnego (tzn. nie jest gotowy na przyjęcie królowej angielskiej na herbatkę), ale jest gdzie spać, umyć się i zaparzyć zwykłą herbatę ( będę musiała wkrótce rozejrzeć się za jakąś wyborną herbatą z wysp brytyjskich;))

Dom jest z poddaszem, na którym aktualnie urzędujemy. Na dole mamy już podłogę i ściany;), dlatego od dłuższego czasu intensywnie myślimy o kuchni.
Marzy nam się kuchnia nowoczesna, ale z tradycyjnym charakterem(masło maślane).
Oto kilka naszych inspiracji wyszperanych w czeluściach internetu. Teraz myślimy jak połączyć kilkanaście odrębnych pożądanych elementów w jedną spójną całość.








Piękna marokańska mozaika- mój faworyt!!

czwartek, 24 lipca 2014

Buszująca w zbożu;), czyli gościnny cykl "Nie masz co na siebie włożyć?"



Na pole w sukience?;)
Kto by pomyślał, że te siostrzane sesje tak nam przypadną do gustu.
Wiele przyjemności sprawiają mi zdjęcia w terenie, począwszy od szukania miejsca, wymyślania stylizacji, po samą produkcję. Dzięki niej zdobywam kolejne doświadczenia i powoli zaczynam rozumieć jaki efekt końcowy chciałybym uzyskać;)
Bardzo lubię ten moment kiedy po powrocie do domu zgrywam zdjęcia na komputer i przeglądam je z uwagą. Jeśli znajdę kilkanaście satysfakcjonujących mnie ujęć jestem szczęśliwa i cieszę się jak dziecko.






Tym razem byłyśmy na spacerze, a dokładnie na polu u sąsiada;), dzień wcześniej rosło jeszcze wszędzie żyto...






Nasz zachód słońca, neonowe usta i polne kwiaty na sukience.



                                                   sukienka - Imperial, buty - nike