sobota, 20 czerwca 2015

Dieta wegańska i babka dyniowa

Przeglądam swojego bloga i nie jestem zadowolona. Dostrzegam błędy w tekście i widzę nieprofesjonalne zdjęcia, mimo wszystko wciąż mam ochotę pisać kolejne posty. Mam nadzieję, że kiedyś znajdę czas i motywację by wszystko udoskonalić, dopracować i zrobić po mojemu, bo mam w stosunku do niego pewną wizję i niemałe oczekiwania. Bardzo chciałabym wrócić do systematycznego pisania, jednak pragnienie wieczornego snu jest silniejsze. Nie sprzątam, nie gotuję, nie czytam tylko idę spać.
Może to spadek formy?
A może symptom jakieś choroby? Bardzo prawdopodobne.
Z różnymi dolegliwościami borykam się od wielu lat, ale od kilku miesięcy zaczęły one agresywnie wpływać na moje życie. Budziłam się rano zmęczona, po porannej owsiance czułam się ciężko, gotowałam obiad nie mając na nic ochoty, o kolacji czy drinku nawet nie myślałam. Mój aktywny dzień Matki Polki chciałam zakończyć szybkim prysznicem i spaniem. Zaczęło mi doskwierać to, iż nie miałam siły i ochoty na wyjście z domu, zorganizowanie dziecku zabawy i czynne w niej uczestniczenie, a najgorsze było to, że nie miałam potrzeby jedzenia i picia, bo te czynności zaczęły kojarzyć mi się tylko z problemami żołądkowymi.
Musiałam coś zrobić, zaplanowałam wizytę u lekarza, ale tym razem mój wybór padł na specjalistę, człowieka świadomego i rzetelnie wykonującego swoją pracę. Sama wizyta okazała się jakże odmienna od standardowej : długi i wnikliwy wywiad, patrzenie w oczy, dotykanie, a na końcu lista badań, na której próżno szukać zalecanej mi kilkukrotnie gastroskopii.
Najtrudniejsza była decyzja o przeznaczeniu niespełna czterocyfrowej kwoty na badania. Jeszcze w trakcie pobierania krwi myślałam, że to gruba przesada, bo jestem tylko przemęczona. Na szczęście mój własny mąż nie pozwolił mi popełnić grzechu zaniechania i dzięki niemu wiem o swoim organizmie dużo więcej. Zrozumiałam, ze to nie mój charakter, a wiele wewnętrznych czynników wpływa na moje zachowania. Uświadomiłam sobie, że rządzi mną mój organizm, jestem jego niewolnikiem. Nie podoba mi się to, chce decydować o sobie i cieszyć się życiem, dlatego muszę w swojej diecie dokonać kilku fundamentalnych zmian. Muszę dać sobie szanse.

Wydaje mi się, że jestem z każdym miesiącem co raz bardziej świadoma. Zaczynam zdawać sobie sprawę co jest dla mnie dobre, rozumiem też, że nikt kto jest (w swoim mniemaniu zdrowy) mnie nie zrozumie.Nie oczekuje tego, jestem ja i moje ciało i to z nim mam do "pogadania", to ono jest teraz najważniejsze i to jemu poświęcam swoją uwagę. Dlaczego? Bo chce normalnie żyć.

Przeszłam na dietę wegańską z przymusu, to nie jest ideologia ani przekonanie. To moje ciało dyktuje warunki i tu nie ma dyskusji, muszę się podporządkować. Nie będzie taryfy ulgowe, nie ma miejsca na próby i błędy.
Za krowim mlekiem już nie tęsknie, dwa miesiące temu oficjalnie się rozstaliśmy nie mam dla niego miejsca w lodówce. Co za tym idzie, musiałam pozbyć się z lodówki masła, śmietany, jogurtów itd. To nie koniec trudnych rozstań, bo ukochane jajeczka i drożdżowe wypieki też idą w odstawkę. Do tego wykreślam z jadłospisu orzechy i gluten ......zostają rośliny;););)

Wbrew pozorom moje menu nie jest ograniczone, ubogie i zniechęcające. Jestem zaskoczona i zadowolona ze swoich posiłków i choć na poprawę samopoczucia będę musiałam czekać kilka m-cy to nie poddaję się. Walczę o zdrowie!

Dziś chciałabym zaprezentować wspaniały przepis na babkę, zawszę miałam skłonność do słodyczy, a to idealny przepis na deser lub śniadanie. Ciasto jest wyjątkowo wilgotne i aromatyczne. Przepis podpatrzony na pewnej uroczej imprezie zwanej wegańską "Kuchnią Społeczną"..

Składniki:
- 300 g mąki (dowolna, ja robiłam z mieszanki ryżowej, ziemniaczanej i jaglanej),
- 100 g cukru trzcinowego,
- 300 g musu dyniowego (ja miałam zamrożony),
- 225 ml oleju
- 80 g posiekanych orzechów nerkowca, żórawina,
- 3 łyżki zmielonego siemienia lnianego,
- 3/4 szklanki  soku pomarańczowego,
- łyżeczka imbiru,
- 1/4 łyżeczki mielonej gałki muszkatałowej,
- 1 łyżeczka soli,
-1,5 łyżeczka sody.


Wykonanie:
Siemie lniane zalać ciepłym sokiem i odstawić na kilka minut. W dużej misce wymieszać mąkę, sodę i przyprawy. W drugiej utrzeć olej, cukier, spęczniałe siemię i mus dyniowy. Połączyć mokre składniki z suchymi, wylać do połowy formy wyłożonej papierem do pieczenia, piec w piekarniku nagrzanym do 180 st. przez ok 40-45 min.


PYCHA!!!
Smacznego!!!

wtorek, 28 kwietnia 2015

sobota, 25 kwietnia 2015

Prezenty dla dwulatki

Co kupić dziecku, które cieszy się z zabawy w sklep, kiedy może sprzedawać owoce narysowane przez matkę na kartkach. Co zadowoli dziecko, które nie potrzebuje nic po za obecnością tejże matki. Wszystkie granice są w naszej wyobraźni, ale w końcu znudziło mnie tworzenie jednorazowych różdżek ze słomek do picia i folii aluminiowej. I teraz się okaże, że prezenty dla mojej córki-maniakalnej wróżki zmieniającej wszystkich w żaby, wynikły z mojego lenistwa i egoizmu;);)

Pomysł na prezent dla dwulatki, prezent na drugie urodziny

1. Po pierwsze : RÓŻDŻKA - must have!! Długo szukałam odpowiedniej, bo miałbyć to prezent na lata i z myślą o następnych pokoleniach. Mam taką cichą nadzieję, że takie właśnie przedmioty będą odnajdywane przez moje wnuki na strychu starego domu...Korona była w zestawie i ..pomyślałam, że taki komplet wykorzystamy w przyszłości.. na przedszkolne bale;)
2. APARAT, to kolejna rzecz, która będzie nam służyła przez lata. Jeśli nie wydarzy się coś niezaplanowanego to przyda się np. na szkolnych wycieczkach. Aparat robi prawdziwe zdjęcia o jakości porównywalnej do współczesnych zdjęć z telefonu. Po za tym uważam, że pierwsze zdjęcia wykonane własnoręcznie przez dziecko są ciekawą pamiątką.
 3. KOŃ i inne zwierzęta. Laura uwielbia konie, jeździmy do stadniny co drugi dzień i obserwujemy zachowania tych pięknych zwierząt. Chcemy mieć ich jak najwięcej, również w tej postaci;)
4. Akcesoria, takie jak okulary i spinki to oczywista oczywistość, niezbędnik każdej małej kobietki, która chce naśladować swoich rodziców i ich zachowania.
5. BLUZY, to już wartość dodana do urodzin obchodzonych w tym samym miesiącu. Niestety nie nałożyłyśmy ich w tym ważnym dniu bo pogoda nie dopasowała się do przewidzianej/zaplanowanej garderoby;)


sobota, 11 kwietnia 2015

Alternatywne śniadanie

Codziennie szukam inspiracji i nowych przepisów na zdrowe słodycze. Idealnie gdyby nie zawierały mleka, cukru i mąki.
Tym razem składniki i wykonanie było banalnie proste, ciasto robi wrażenie, a przy tym dobrze smakuje. Spełnia też jedną z najważniejszych funkcji, czyli można je podać dziecku na śniadanie.

ciasto z surowej kaszy jaglanej i jabłek

Ciasto nie wymaga dużego zaangażowania, a jego bazą są tylko dwa składniki: surowa kasza jaglana i jabłka. Czego chcieć więcej?

Składniki:
- 300g. surowej kaszy jaglanej,
- 1kg dobrych, słodkich, soczystych jabłek,
- łyżeczka cynamonu/ łyżeczka cukru waniliowego/ 2 łyżki miodu lub cukru/ garść rodzynek (opcjonalnie, wg uznania).

Realizacja.
Jabłka myjemy, obieramy i ścieramy na tarce o małych oczkach. Do jabłek dodajemy surową kaszę jaglaną i mieszamy. Jeśli mamy ochotę słodzimy. Masę przekładamy do formy wyłożonej papierem do pieczenia i wkładamy do piekarnika nagrzanego do 200st. Pieczemy 90 min.

alternatywne śniadanie



piątek, 3 kwietnia 2015

Bezglutenowe i deserowe naleśniki ryżowo-kokosowe

Zamiast gotować żurek albo piec babę wielkanocną dzielę się z Wami przepisem na zdrowe i pyszne śniadanie lub deser. Codziennie poszukuję nowych pomysłów, by przekonać moją córkę, że bułka z dżemem nie jest jedynym śniadaniem, które może jej smakować. Zbojkotowała już jajko, owsiankę i kaszkę, a ja mam co raz mniej siły by walczyć z jej upodobaniami.
Tym razem się udało!! Hura!!
Zjadłyśmy bezglutenowe naleśniki z mąki ryżowej i mleka kokosowego. Niestety nie podam dokładnego przepisu, ponieważ robiłyśmy je razem i zapisywanie lub zapamiętanie konkretnych miar i wag byłoby dla mnie dodatkowym utrudnieniem;);)
Postępowałyśmy w następujący sposób:
* do wysokiego naczynia wlałyśmy 200ml mleka kokosowego (takiego z kartonu, nie z puszki),
* wbiłyśmy jajko,
* łyżką stołową dodawałyśmy mąkę ryżową do uzyskania konsystencji nieco rzadszej niż ciasto naleśnikowe,
* usmażyłam je na patelni z dodatkiem niewielkiej ilości oleju kokosowego (pół łyżeczki wystarczyło na ok. 6 naleśników).



 I na koniec patent na miękkie naleśniki:
* Usmażone naleśniki należy kłaść na talerzu i przykryć drugim talerzem.
Smacznego!!

czwartek, 2 kwietnia 2015

Polecanki, czyli matka poleca...

Są takie rzeczy, myśli, potrawy, filmy i książki, które stają się sensem dnia, miesiąca, a czasem życia. To one mnie kształtują, inspirują, relaksują i motywują do działania. To o nich chciałabym myśleć, rozmawiać i pisać. Dlatego powstanie, tu na blogu, takie miejsce gdzie skupię się jedynie na nich. Zaczynamy!

KSIĄŻKI

Po długim okresie "hibernacji" wróciłam do czytania. Ostatnio przeżyłam wspaniałą czytelniczą przygodę z "Bezcennym" Zygmunta Miłoszewskiego. To fantastyczna książka dla tych, którzy zapomnieli, że czytanie sprawia przyjemność i bywa inspirujące.
Autora znam z programu "Drugie śniadanie mistrzów", a w tym roku przyznano mu Paszport Polityki, a to już dla mnie wystarczający argument, żeby zapoznać się z jego twórczością. Miłoszewski znany jest przede wszystkim z mocnych, bestsellerowych kryminałów.
Książka trzyma w napięciu od pierwszych stron. Po za wątkiem społeczno-politycznym i romansowym, podejmuje również tematy z zakresu historii sztuki.
"Bezcenny" to międzynarodowy thriller łączący najlepsze cechy prozy Dana Browna, Arturo Perez-Reverte i Umberto Eco. W miejsce każdej rozwiązanej zagadki pojawia się kilka następnych, zwrot akcji goni zwrot akcji, a bohaterowie w poszukiwaniu zaginionego arcydzieła wpadają na trop tajemnicy, która najnowszą historię świata wywróci do góry nogami. Możni tego świata zrobią wszystko, aby nie ujrzała ona światła dziennego.
"Bezcenny" to pełne błyskotliwej erudycji kompendium wiedzy o sekretach historii sztuki. O genialnych artystach, o szalonych kolekcjonerach, o chciwych marszandach, o wielkiej grabieży z czasów okupacji, a także o szwindlu, jakim jest dzisiejszy rynek sztuki.
(*http://lubimyczytac.pl/ksiazka/176419/bezcenny)

Jak dla mnie (mało wytrawnego czytelnika) książka przystępna, inspirująca, ciekawa. Niezwykłe opisy nienachalnie zachęcają do pogłębiania wiedzy o polskim malarstwie.
Polecam!


FILM
Body/ Ciało Małgorzaty Szumowskiej
Nie mam okazji chodzić do kina na premiery, ale staram się przynajmniej obejrzeć te filmy, które uznam za interesujące. Film Body/ Ciało Małgorzaty Szumowskiej to jak dla mnie "lekki" film o ważnych sprawach. To obraz relacji międzyludzkich, pełen życiowych refleksji, według mnie każdy znajdzie w nim coś dla siebie. Bardzo dobry, polski film z genialną rolą Mai Ostaszewskiej.

BLOG

Odkryłam go stosunkowo niedawno, zauroczył mnie zdjęciami i treścią, czerpię z niego inspirację i zachwycam się przy każdym nowym wpisie.
 http://thepolkadotproject.blogspot.com/ to miejsce dla mnie idealne.Marzę o takiej przyszłości dla mojego bloga ;)

TEATR

Jeśli myślicie, że teatr to nieodpowiednie miejsce dla dzieci to jesteście w dużym błędzie. Ja nie miałam żadnych oporów, by pójść tam z moja niespełna dwuletnią córką. Uważam, że dzieci powinny spędzać czas z dorosłymi w różnych przestrzeniach publicznych, mają do tego prawo!! Przedstawienie "Nieboskłon" w Teatrze im. Bogusławskiego w Kaliszu odbywało się w małej sali głównego budynku. Przed rozpoczęciem spektaklu powstało "małe" zamieszanie, mimo iż niektóre z dzieci spokojnie oczekiwały na rozwój wydarzeń, to zdecydowana większość miała potrzebę zwiedzania teatru i eksplorowania otoczenia. Moja córka należała oczywiście do tej drugiej grupy poszukującej przygód niekoniecznie kulturalnych. Ostatni dzwonek wywołał stres u kilku opiekunów, bo naprawdę trudno było ujarzmić rozemocjonowaną grupę malutkich dzieci. Na szczęście po kilku minutach niesamowitego przedstawienia większość dzieci siedziało już z otwartymi ustami, bacznie obserwując aktorów. Dla mnie to również było wyjątkowe doświadczenie, przekonałam się, że dzieci wcale nie potrzebują wielokolorowych przestrzeni, natłoku dźwięków i wartkiej akcji.
Spędziłyśmy kreatywnie, kulturalnie wolny czas i na pewno jeszcze to powtórzymy.
Wszystkie szczegółowe informacje dostępne na: http://www.teatr.kalisz.pl/?page=spektakle&id=188

 INTERNET

Na koniec...pozdrowienia dla wszystkich kawalerów i ich dziewczyn;);)
https://www.youtube.com/watch?v=M7c2-UGWycc

niedziela, 22 marca 2015

niepozorne lenistwo

"...
Nie śpię już, naprawdę!!
Nie wkładaj mi palca w oko, ja już nie śpię!!
A może pozwolisz mamusi poleżeć jeszcze chwilę?
No dobra, dobra, wstaję!
A może obejrzysz Peppę? Nie:(:( hmm szkoda!
No już przestań krzyczeć, wstaję!
Na pewno chcesz o tej godzinie bawić się w sklep? Co ja bym miała kupować o 7 rano? Banany?
Dobra, będziemy się bawić, pod warunkiem, że zjesz zaraz owsiankę z tym bananem, który teraz stanowi ofertę handlową;)
Nie zjesz owsianki?
To co będziesz jadła na śniadanie?
Bułkę?
Z czym?
Z cukrem?
Z ketchupem? o nie!!
A ile ten banan właściwie kosztuje? Dobrze, że jeszcze nie znasz się na kasie i cena jest w miarę przystępna. Tylko czy wystarczy mi bilonu na te wszystkie owoce, które zamierzasz mi sprzedać?
Zaraz wrócę!Obiecuję!!Pójdę tylko siusiu!!Nie mogę??Łamiesz wszystkie prawa człowieka!!Wiesz o tym??Nie rozumiesz?? Każdy człowiek , nawet twoja matka ma prawo do 8 godzin snu, do zrobienia siusiu, do kąpieli i zjedzenia śniadania-pożywnego śniadania!!Po za tym to ja tu żądze......"

Czyżby??

A można przecież pojechać na weekend do dziadków, wstać o normalnej godzinie, nie przypalić owsianki i zjeść śniadanie przy stole, poczuć smak wiejskiej jajecznicy, gziki i herbaty miętowej. Nie myśleć o zawartości pękającej w szwach pieluchy, nie myć jej rąk co 15 minut, nie wykonywać jej nieznoszących sprzeciwień poleceń. Być sobą, poszwendać się po domu bez celu, pomyśleć o życiu i pięknie natury, wziąć książkę, czytać, leżeć, zasnąć.... Po leniwym dniu, można położyć ją spać o 19stej zjeść domową pizze, nalać sobie do kieliszka malinowej nalewki, napisać posta i obejrzeć film z mężem. Można to wszystko!!
Da się!!
Cudownie jest się tak zregenerować, poczuć tę bezdzietną wolność, przypomnieć sobie co w życiu jest ważne, dziękuję Ci córko, dziękuje Wam-Droga rodzinko!!
Jutro zaczynam nowy dzień matki na pełny etat, idę spać bo o 7 ktoś zacznie krzyczeć "Obuć, obuć" i ciągnąć mnie za piżamę....

NIE MOGĘ SIĘ JUŻ DOCZEKAĆ!!!!:*

czwartek, 19 marca 2015

Macierzyństwo jak wyrzut sumienia

Czy możliwe jest bycie matka idealną?
A może nikt nie oczekuje ode mnie bym nią była?
Sama, dobrowolnie i z pełną premedytacją narzucam sobie pewien poziom. Zbyt mocno pragnę realizować wyimaginowane standardy, spinam się, a wieczorem czuję, ze mogłam wywiązać się z nich lepiej. Taka już jestem. Za ambitna i zbyt perfekcyjna. Najgorsze jest to, że małe potknięcia nie motywują mnie do dalszej pracy nad sobą, a zniechęcają. Codziennie uświadamiam sobie jak niewiele mi potrzeba bym straciła zapał, wystarczy chwila, jakiś komentarz, zła reakcja otoczenia, smutna mina córki i matka się poddaję. Odpuszczam wszystko, nie ma we mnie woli walki. A szkoda, bo czuję w sobie ogromny potencjał.

Często myślę o tym jak radzą sobie inne matki, czytam różne blogi, bo jestem ciekawa tej codzienności w innych domach, zastanawiam się skąd młode matki biorą inspirację, w jaki sposób dochodzą do pewnych wniosków, jak decydują co dla ich dziecka będzie najlepsze. Beznadziejny program o matkach na TVNie pokazał, iż każda matka żyje w przekonaniu, że jest matką idealną (pewnie tak jest -dla jej dziecka), niestety w ocenie innych matek każda kolejna wypadała słabo. To dało mi do myślenia. Każda z nas jest innym człowiekiem, wychowanym w różnych standardach, do tego dochodzi zróżnicowany status społeczny, wykształcenie i otoczenie. Dla jednej matki coś co jest wyjątkowo zdrowe, okazuję się żywieniowym przestępstwem w oczach innej.
Obserwuję otoczenie, widzę co inne dzieci jedzą na placu zabaw, co matki wkładają do sklepowego wózka. Czy to są przypadkowe produkty, przemyślana dieta czy może nawyki przekazywane z pokolenia na pokolenie? Temat jedzenia jest trudny i kontrowersyjny, zauważam to podczas spotkań towarzyskich i w mediach. Jedzenie stało się kontrowersyjne i bądź tu matko mądra:). Nawet wiedza naukowa nie pozwala jednoznacznie stwierdzić co jest dla nas i naszych dzieci dobre. Wertując książki od mojej teściowej, wyznaczające trendy żywieniowe z okresu, kiedy ona była młodą, żądną wiedzy matką, dochodzę do wniosku, że jedynym zaleceniem analogicznym do czasów współczesnych jest podawanie dziecku marchewki (choć i ta marchewka pewnie była inna niż ta nasza-współczesna- bez pestycydów, azotanów itd.)
Mam też nieodparte wrażenie, że "niewiedza jest słodka", a świadomość staje się uciążliwa i wpędza w ogromne poczucie winy.
Zaczynając dzień już myślę co zrobić na śniadanie, na zjedzenie miski jaglanki czy owsianki nie liczę. Będę usatysfakcjonowana jeśli dziecię uraczy się kilkoma łyżkami i z pewnością poprosi mnie o cukier do posypania:(:( Później przyjdzie pora na drugie śniadanie (dość szybko, bo śniadanie było skromne), zrobimy świeży sok z warzyw i owoców z marketu, zjemy pszenną bułkę zrobioną przez tatę, albo jakieś smażone placki. Na obiad będzie zupa np. z pomidorów z puszki , na drugie kurczak z Biedronki, albo łosoś z Lidla . Wieczorem to na pewno jajko albo serek wiejski (choć po przeczytaniu książki Anny Lewandowskiej mam wstręt do całego nabiału i mam wrażenie, ze jedynym zdrowym rozwiązaniem jest weganizm) wszystko z dużą ilością ketchupu. Cudem będzie, jeśli dzień uda się przetrwać bez ciasteczka maślanego od Pani z piekarni, lizaka rozdawanego w sklepie obuwniczym, albo jajka niespodzianki obowiązkowym punkcie każdych zakupów spożywczych.
I w ten właśnie sposób buduję własne poczucie winy, bo może zjadłyśmy za mało warzyw, a może nie było w naszej diecie kaszy i strączków, że wypiłyśmy za mało wody, za dużo słodyczy itd .

A co ze świeżym powietrzem? Każda matka wie, że dziecko musi być na spacerze codziennie bez względu na pogodę. Noworodki się weranduję, a starszaki wyprowadza na plac zabaw. Co jeśli "starej" matce nie chce się wyjść z domu i najchętniej leżała by pod kocem z laptopem na kolanach? Kilka dni temu, w wyniku dręczących mnie wyrzutów sumienia postanowiłam spędzać z moją córką przynajmniej dwie godziny dziennie na dworze. Nie wliczam w to czasu, kiedy moja córka jedzie w wózku. Założenie- dziewczyna ma chodzić, biegać i aktywnie spędzać czas. Niestety z naszego kilkudniowego doświadczenia wynika, że to (wbrew oczekiwaniom) nie wpływa na jej zmęczenie i rychłe pójście spać- wręcz przeciwnie:(;(

Każdy mądry rodzic wie, jak ważne jest czytanie dzieciom.
"(…) Dziecko, któremu codziennie czytamy, czuje się ważne i kochane. Buduje to jego mocne poczucie własnej wartości – wewnętrzną siłę i wiarę w siebie, które wpłyną na jakość jego życia co najmniej tak znacząco jak zdrowy kręgosłup czy zdrowe oczy. Codzienne głośne czytanie buduje mocną więź między rodzicem i dzieckiem. Więź z najbliższą osobą jest jedną z najważniejszych potrzeb rozwojowych dziecka, warunkiem, by mogło wyrosnąć na zdrowego emocjonalnie i dojrzałego człowieka."
Głośne czytanie wpływa na umiejętności językowe i umysłowe, a wspólne czytanie to inwestycja w dobre nawyki w przyszłości. Moim marzeniem jest wymienianie się z córką książkowymi, ciekawymi pozycjami, kiedy już będzie dorosła, ale co jeśli matka nie zawsze ma siłę i chęć na czytanie, a córce i tak chodzi tylko o przewracanie kolejnych stron po to tylko by skwitować to ulubionym słowem "k o n i e c" zamykając książkę ostatecznie.
Wymyślam różne sposoby na własne lenistwo czytelnicze, ale nic nie zdaje egzaminu. Rano ona nie wykazuje zainteresowania i ciężko jej usiedzieć w miejscu, w ciągu dnia nie sięga po książki, a wieczorem zasypia razem z nami ok 22-23, kiedy matka marzy tylko o zgaszeniu światła i zamknięciu oczu:). Taka sytuacja.

No właśnie, a co z tym wspólnym spaniem? Oczywiście, każdy rodzic sam decyduję czy chce spać z dzieckiem czy nie.
Ale ja tego nie lubię.
Spędzam z nią cały dzień, chciałabym noc poświęcić na regenerację i odpoczynek. Zależało mi, żeby Laura zasypiała sama w swoim łóżeczku, ale wiem, że to dla niej bardzo trudne. Od urodzenia nie znosi swojego łóżeczka. Przez 1,5 roku byłam nie ugięta i mimo wielogodzinnego płaczu usiłowałam ją  w nim usypiać. Po tym czasie, wymęczona i zrezygnowana, poddałam się, przestałam dręczyć siebie i ją. Pogodziłam się z faktem, że nie jest typem śpiocha i że bez trudu spędzi cały dzień (7-22) bez drzemki, ale to, że chce spać z nami to już za dużo. Wspólna noc to ciągłe czuwanie nad jej dziwnymi pozycjami i brakiem okrycia. A ja chce po prostu się wyspać, moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina!!!;)

I wciąż jestem rozdarta i mam wyrzuty sumienia....możliwe, że coś robię źle...ale kto to wie, niestety instrukcji obsługi dziecka nie dołączają.... 
Mam tylko nadzieję, że te i inne niedociągnięcia i wady matki polki nie wpłyną na zdrowie psychiczne mojej córki i że nasze relacje na tym nie ucierpią;)

czwartek, 19 lutego 2015

22.

Jej pierwszy ząbek?
Jej pierwszy krok?
Jej pierwsze słowo?
Nie!! Nic z tych rzeczy.
Sukcesem tego miesiąca było pierwsze zdanie.
To ono wywołało we mnie ogromne emocje.
Dokonało się to, co w moim mniemaniu jest najważniejsze dla każdego człowieka. Moja mała dziewczynka przeszła kolejną granicę. Z bobasa stała się myślącą dziewczynką. Dzięki temu wypowiada swoje myśli i artykułuje sensowne odpowiedzi. Komunikujemy się, czekałam na to, a teraz czuję między nami jeszcze silniejszą więź, już nie tylko emocjonalna ale i intelektualną;).
Zauważam jak wiele zależy od nas-rodziców. To my kształtujemy tę małą istotę, to my decydujemy czego ją nauczymy i jakie damy wzorce. Efekty są natychmiastowe i wymierne, z każdym dniem pojawiają się nowe słowa i umiejętności. Nauka mówienia przychodzi jej lekko, lubi powtarzać  nowe słowa i zaskakiwać nas używając ich w odpowiednim momencie i formie.
Lubię z nią być.
Lubię ją uczyć.
Czasem brakuję mi natchnienia, inspiracji albo siły, ale nie poddaję się czytam, opowiadam, śpiewam (o! Matko!). Tak podpowiada mi serce i głowa. Chce dać z siebie wszystko co mogę.
Teraz uśmiecham się do niej często, bo widzę, że moja praca nie idzie na marne. Nikt inny nie ma do niej tyle cierpliwości, bo ma dziewczyna charakter. Sama decyduje jaką nałoży bluzkę, kiedy umyje zęby i na którą bajkę ma ochotę. Niezmiennie uwielbia Peppę, której imię wypowiada kilkadziesiąt razy dziennie.Dużo o niej rozmawiamy, dzięki niej Laura zna takie słowa jak "hekopter" (helikopter), "słona" (zasłona), "pani Królik" (kasjerka w sklepie), "bula"(cebula), "wiazda" (gwiazda) itd. Ale uczy ją też pozytywnych zachowań i reakcji.
Uwielbia bawić się w sklep, zawsze jest kasjerką, a ja klientką;). Sklep "na niby"ma bardzo bogaty asortyment, kupuję u niej produkty spożywcze, ale także zupę i skarpetki. Czasem przed otwarciem sklepu rysujemy produkty, które będą dziś dostępne.  Najdziwniejsze jest to, że wszystko kosztuje złotówkę;) Na pytanie ile płacę zawsze słyszę "raz". Podejrzewam, że to wkrótce się zmieni, więc kupuję na potęgę póki jeszcze nie zrozumiała, że mogłaby się na mnie wzbogacić:)

W tym miesiącu zaliczyłyśmy wizytę adaptacyjną u dentysty. Niestety nie udało się jeszcze zajrzeć do małej buzi, ale gabinet, sprzęty i sztuczne szczęki zostały dokładnie obejrzane;)

Ogromną pasją mojej córki jest prowadzenie samochodu. Najszczęśliwsza jest siedząc za kierownicą, krzyczy wtedy "kęć lewo, pawo". Potrafi otworzyć okno, włączyć "muze" i uruchomić kierunkowskaz razem z wycieraczkami. Iskry lecą....

Czyta książeczkę usypiającej lali-Gosi"
Zawsze najgłośniej komunikuję zakończenie czytania..
mówi "koniec"!!!
"Mamo, lala śpi...
ciiiiii!!!

wtorek, 10 lutego 2015

Chleb inny niż wszystkie

Kiedyś nie wyobrażałam sobie życia bez pszennej kromki z masłem i dżemem. Teraz zaspokajam się poranną owsianką lub jaglanką, a wieczorem wystarcza mi sałatka z pomidorów;).
Są jednak takie dni, kiedy potrzeba wgryzienia się w chrupiącą skórkę jest silniejsza ode mnie, a wtedy nie idę do piekarni, tylko szukam łatwego, szybkiego przepisu na chleb. Niestety próby zrobienia chleba bezglutenowego nie zawsze kończą się sukcesem, zdarza się, że cały bochenek ląduje w koszu. To przykre, ale nie do uniknięcia kiedy poszukuje się odpowiedniego smaku. Próbowałam już chleba zmieniającego życie wg. JADŁONOMII, ale okazał się zbyt ciężki.
W weekend zrobiłam bardzo podobny chleb z nasion, ale z dodatkiem kaszy jaglanej.  Przepis pochodzi od MATKI SMAKOTERAPII. Według mnie jest delikatniejszy w smaku i mniej słodki. W obu przypadkach minusem jest krojenie, niestety chleb jest dość kruchy i mimo ostrego noża nie zawsze udaje się ukroić całą kromkę;)
Mimo to warto spróbować tego hiper, super zdrowego chleba. Jak dla mnie idealnego na lunch. Spożywam go z domowymi powidłami lub pasztetem z soczewicy.

Jak go zrobić?
Potrzebujemy:
- 1,5 szklanki pestek słonecznika,
- 1/3 szklanki mielonego lnu,
- pół szklanki orzechów laskowych (migdały jak dla mnie okazały się za słodkie),
- 3/4 szklanki ugotowanej kaszy jaglanej,
- 3/4 płatków gryczanych,
- 1,5 szklanki letniej przegotowanej wody,
- 1,5 łyżeczki soli,
- 2 łyżki miodu (u mnie miód mniszkowy, który robiłam wiosną klik ),
- 2 łyżeczki nasion chia,
- 4 łyżeczki nasion babki płesznik,
- tłuszcz do wysmarowania blachy.

chleb zmieniający życie, chleb z nasion, chleb bezglutenowy


Wszystkie składniki mieszamy i czekamy ok. 1,5 do 2 godzin. Masę przekładamy do formy wyłożonej papierem do pieczenia, wysmarowanym olejem (np. kokosowym). Pieczemy w 180 st. przez 60 min. Po tym czasie delikatnie wyjmujemy chleb z formy (UWAGA wymagana jest niezwykła ostrożność!!) i zapiekamy kolejne 10 min. (robię tak z każdym chlebem).
Po wyciągnięciu chleba z piekarnika, nie próbujemy kroić tylko czekamy przynajmniej 12 godz., dlatego proponuję zrobić chleb wieczorem:)


Pasztet z czerwonej soczewicy:
Szklankę ziarna opłukałam i zalałam dwoma szklankami wody. Gotowałam tak długo, aż soczewica będzie bardzo miękka i wchłonie wodę. Na patelni rozgrzałam olej z masłem, dodałam cebulę pokrojoną w kostkę, dwa ząbki czosnku i dwie starte marchewki. Smażyłam kilka minut, dołożyłam łyżeczkę koncentratu pomidorowego. Posoliłam, popieprzyłam i dodałam sporą szczyptę chili. Poczekałam jak wszystkie składniki ostygną, następnie połączyłam je razem i dodałam dwa jajka. Zmiksowałam.
Masę przelałam do keksówki i piekłam 30 min (180 st).
Kroiłam po wystygnięciu.

Pasztet wyszedł bardzo pikantny, ale brakowało w nim soli. Polecam spróbować masę przed włożeniem do piekarnika.

Smacznego!!!



poniedziałek, 9 lutego 2015

Zapiekana cukinia

Cukinia to moje ulubione warzywo. Mam ją zawsze w lodówce, wykorzystuję na różne sposoby np. do zrobienia placków (przepis dostępny TUTAJ ), a'la schabowych albo do leczo. Tym razem powstały cukiniowe zapiekanki z wołowiną. Pyszne, lekkie i tworzące samodzielne danie.

Do wykonania przepisu potrzebujemy:
* 500g mielonego mięsa wołowego,
* cztery cukinie,
* łyżki ketchupu, łyżeczki musztardy,
* natki pietruszki,
* cebuli,
* dwa ząbki czosnku,
* sól, pieprz do smaku.



Wykonanie:
Cukinie wydrążamy, miąższ wkładamy do miski i delikatnie solimy.
Na oleju smażymy cebulę i czosnek, a kiedy cebula się zeszkli dokładamy mięso. Smażymy kilka minut, dokładając w trakcie smażenia musztardę i ketchup. Solimy i pieprzymy do smaku. Kiedy mięso będzie całkowicie ścięte, dodajemy miąższ z cukinii (odlewając wcześniej z miski cukiniową wodę). Smażymy jeszcze kilka minut, na koniec dodajemy natkę pietruszki.
Farsz nakładamy na wydrążone cukinie, posypujemy serem.
Pieczemy w 175 st. przez 30 min.
Gotowe!



Cukinie zapiekane z mięsem mielonym z wołowiny

Ja podałam zapiekanki na obiad w towarzystwie kaszy jaglanej.
Myślę, że równie dobrze smakował by farsz z warzyw (wersja wegetariańska).
Zrobiłabym go z dyni, ugotowanego i rozgniecionego brokuła i cukinii.
Spróbujcie!
Polecam!
Smacznego!!

Cukinie zapiekane z mięsem mielonym z wołowiny

niedziela, 8 lutego 2015

"sportowa" niedziela (dużo zdjęć)

Jak wszyscy to wszyscy.
Przecież nie chcemy zostać w tyle, poddajemy się panującej modzie, włączamy endomondo i ruszamy w teren:)
To nic, że smarki po kolana, to nic, że ilość śniegu nie jest wystarczająca do rozwinięcia zawrotnych, saneczkowych prędkości. Nakładamy czapki, kalesony, tłusty krem, a chwilę później cieszymy się piękną, zimową pogodą i mroźnymi widokami.
A na ostrowskich Piaskach trwa maraton, młodzi i starzy, piękni i brzydcy starają się ze wszystkich sił dobiec do męty, a my czujemy tę adrenalinę, kibicujemy z otwartymi buziami i czujemy jak tracimy kalorie od samego patrzenia:)