poniedziałek, 8 września 2014

Dmuchawce, latawce i...wino

Pierwszy wrześniowy weekend okazał się wyjątkowo ciepły i senny. Wydawać by się mogło, że letnia aura zadziała na mnie pozytywnie i zmobilizuję do działania. Miałam wiele planów i kilka sensownych pomysłów na spędzenie tego czasu z mężem. Niestety. Mimo, iż pogoda zachęcała do spacerów, biesiadowania i łapania ostatnich, wyjątkowo gorących promieni słonecznych ja wolałam poświęcić się czemuś zupełnie innemu.
Nie dla mnie wycieczki do lasu, nie dla mnie pieczenie kaczki, za której smakiem tęskniłam już od  dawna, nie dla mnie wiśniówka i wino jabłkowe. Zdecydowanie ominęło mnie wiele atrakcji,  myślałam tylko o skutecznej regeneracji, chciałam odespać te ostatnie noce pełne dziecięcego płaczu. Z radością zostawiłam córkę pod opieką dziadków i cioci, a sama udałam się na odpoczynek.  Za mną dwa dni leniuchowania, wyciszania, refleksji. Na szczęście nie zarażałam pesymizmem i reszta rodziny aktywnie spędziła ten czas.
Niejednokrotnie byłam świadkiem niesamowitych, rodzinnych scen godnych uwiecznienia, ale aparat leżał gdzieś na dnie nierozpakowanej walizki, komu by się chciało po niego pójść;)
Na szczęście nie zostałam z niczym i dzielę się tym co mam:


Nie sądziłam, że jeszcze je zobaczę...Darzę je wielkim sentymentem, bo pojawiły się wiosną kiedy Laura zaczynała chodzić i eksplorować otoczenie. Pamiętam jak spędzałyśmy godziny na dmuchaniu i robieniu z nich wianków. Dmuchawce to przeobrażone mlecze, z których robiłam cudowny miodek, jeśli ktoś ma  ochotę poznać tajemniczy przepis wystarczy kliknąć TUTAJ .


Pierwsza degustacja domowej wiśniówki już za nami. Rozgrzewa, pobudza i na pewno przyda się podczas zimowych, długich wieczorów;)


Na złość Putinowi to ja mogę pić i wino jabłkowe. Mam nadzieję, że uda się nasz nowatorski projekt "jabol";);) Laura chciała być pierwszym kiperem trunku, pozostało jej jednak spożycie soku jabłkowego;)



 "Mam ochotę na kaczkę i pyzy!" Powiedziałam to bez zastanowienia i nie liczyłam, że mama weźmie to na poważnie. Dzięki jej talentowi skosztowałam wspaniałego, niedzielnego obiadu. Królewskie danie!!


 Na wsi wszystko wygląda inaczej, człowiek zaczyna dostrzegać drobnostki i pochylać się nad przyrodą. Zieleń to życie, a woda.....






Każda wizyta u babaci i dziadka zaczyna i kończy się tak samo. Dlatego zaopatrzyłam córkę w kalosze i puściłam wolno....nie zliczę ile razy przebieram moje dziecko podczas tych naszych wszystkich wyjazdów;);)

6 komentarzy:

  1. Fajnie, że macie weekendy i możecie spędzać ten czas razem. I mnie się marzy żeby poleżeć w samotności i odsapnąć ehh ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja za kazdym razem licze ze sie zregeneruje na caly nastepny tydz ale w poniedzialek wieczorem wiem ze to niemozliwe;)

      Usuń
  2. też mi się marzy relaks, niestety u nas taki cza się nie zapowiada:/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja znam takie mamy ktore maja dwie babcie przy sobie, takie to pozyja;)

      Usuń
  3. ale tu pysznie ;) świetne kaloszki !
    http://swiatamelki.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń