sobota, 26 lipca 2014

Borówkowy zawrót głowy...


U dziadków jesteśmy już ponad tydzień.
Każdy dzień rozpoczynamy od wizyty w kurniku. Jeśli kury są już najedzone i spacerują swobodnie po "kurzym wybiegu", małe stopy mojej córki zmierzają w stronę borówkowych krzaków. Tradycją stało się, że Laura spożywa tutaj owocowe śniadanie. Wcześniej pasjami zrywała czerwone (choć nie tylko;)) truskawki, ale kiedy okazało się, że jest na nie uczulona musieliśmy wprowadzić zakaz zbliżania się do truskawkowego pola.
Z niecierpliwością wypatrywaliśmy kiedy zielony owoc będzie w końcu w odpowiednim, dojrzałym kolorze. Mieliśmy ogromną nadzieję na porządne zbiory, bo krzaki były wręcz oblepione zielonymi borówkami.
Doczekałyśmy się!!
Dziadek zrobił szybkie warsztaty zrywania, dzięki czemu wiedziałyśmy, że należy zrywać tylko ściśle określony kolorem owoc;)
I tak zaczęła się nasza borówkowa miłość.





Zawsze mamy ze sobą jakieś naczynie, w nadziei, że przyniesiemy coś do domu. Niestety większość ląduje w małym brzuszku bezpośrednio po zerwaniu. Laura potrafi zjeść ich naprawdę sporo i co dziwne zaspokajają głód na bardzo długo. 








Jestem pod ogromnym wrażeniem zdolności manualnych mojej córki. Teraz kiedy krzaki są już naprawdę ogołocone, potrafi precyzyjnie odnaleźć i złapać małą fioletową kuleczkę i zerwać. Nie popełnia żadnych zielonych gaf;);)





Aż sama się dziwię, że udało mi się ich spróbować;).
Te pierwsze były wyjątkowo słodkie i soczyste.
Teraz są nieco kwaśne.
Najgorsze jest to, że jedząc z krzaka zupełnie traci się kontrolę nad ilością pochłanianych owoców.

Smacznego!!!



2 komentarze:

  1. mniam mniam, u nas niestety z owoców chętnie jedzone są jabłka i banany… zazdroszczę bo borówki to samo zdrowie:)

    OdpowiedzUsuń
  2. A u nas wszystkie z wyjatkiem banana;)

    OdpowiedzUsuń