wtorek, 1 kwietnia 2014

W kolejce do lekarza

Ostatnie 11 dni nie należały do najlepszych. Nasza rodzina zmaga się z gorączką, katarem, bólem gardła i głowy. Nic przyjemnego..wciąż dążyłam do ozdrowienia naturalnymi i domowymi  sposobami, ale wczoraj nadszedł kres moich znachorskich zapędów i w końcu zarejestrowałam nas do lekarza. Nigdy nie chodzę do przychodni z samego rana, bo nie znoszę czekać w długich kolejkach wśród chorych dzieci i dorosłych. Bezkarnie biegają po całym korytarzu i roznoszą swoje bakterie to tu, to tam. Mój patent na szybkie załatwienie sprawy to przyjście na godzinę przed zakończeniem przyjmowania mojego lekarza. Nie wiem dlaczego, ale rodzice tych najbardziej chorych dzieci przychodzą najwcześniej jak się da, by póżniej czekać godzinami. Kiedy ja przychodzę najczęściej siedzi już tylko garstka ludzi, a czasem w ogóle nie muszę czekać. Tym razem przed nami były dwie mamy z dziećmi. Moja córka wyjątkowo spokojna obserwowała otoczenie. Dwójka większych dzieci wciąż biegających po całej poczekalni szczególnie przypadła jej do gustu. One biegały i jadły...czekoladowe batoniki, truskawkowe chrupki, chipsy, paluszki. Zjadły więcej słodyczy w ciągu 30 min niż ja w ciągu tygodnia, a nie stronie od słodkości. Na koniec mama podała im po 2 l. Coca-Coli żeby popiły to co mają w buzi. Po czym zakomunikowała, że jeśli nie przestaną biegać to nie pójdą do cukierni. "O, zgrozo!!Skąd biorą się takie matki?"
Przy drzwiach naszego lekarza stał chłopiec (ok.3 lat) z mamą. Ubrany w zimową czapką, puchową kurtkę i kozaki. Myślę sobie, że może dopiero weszli, choć aura na dworze również nie wymagała takiej garderoby. Rozebrałam Laurę i siebie, a on nadal w pełnym rynsztunku. "Co z tą matką?"-myślę. "Sama się rozebrała, a dziecko ubrane na trzaskający mróz. Jest już na pewno mocno spocony, a ona nie reaguje. Już miałam coś powiedzieć, zwrócić uwagę, ale się powstrzymałam...na szczęście, bo jakież było moje zdziwienie, kiedy lekarz poprosił ich do siebie. Matka próbuje podnieść rękę na wysokość jego głowy, a on wpada w panikę, zaczyna płakać tak bardzo, że pielęgniarki z pokoju zabiegowego wyszły na korytarz. Matka tłumaczy, że dziecko nie daje się rozebrać, a ja myślę sobie jak łatwo przychodzi mi ocenianie innych ludzi. To dało mi do myślenia...każda matka jest inna, mamy różne priorytety i motywacje, każda chce wychować swoje dziecko najlepiej jak potrafi, wiedzę czerpie z doświadczenia i otaczającego ją świata. I każde dziecko jest inne, nawet rodzeństwo może różnić się od siebie. Często zastanawiam się jakie błędy ja popełniam na co dzień. Czy ktoś obserwuje mnie w parku i myśli "Ale głupia baba. Założyła dziecku futro, a na dworze jest 5 stopni", albo "Po co ona jeszcze karmi piersią, dziecko już duże może zjeść golonkę?" albo "Dlaczego ta mała nie ma smoczka?"itp. Z perspektywy czasu kilku rzeczy żałuję, ale nie mam pewności czy inna decyzja wpłynęła by pozytywnie na moją córkę, czy nie wywołało by to innych, nieprzewidzianych skutków.
Stwierdzam z całą pewnością, że Laura uwielbia towarzystwo dzieci. Mam wrażenie, że w ich towarzystwie czuje się bezpiecznie, a co najważniejsze ma zapewnione nieprzerwane atrakcje. Przyznam szczerze, że dla mnie to oczekiwanie na wizytę też było w pewnym sensie atrakcyjne i pouczające.Kiedy już czekałyśmy pod drzwiami gabinetu, przyszła jeszcze jedna mama. Synek Krzyś ma 8 m-cy i co dwa tygodnie jest w szpitalu. Jak to ujęła jego mama "Wszystko łapie":( A ja od razu zwróciłam uwagę, że nie miał czapki, krótkie spodenki bez rajstop i krótki rękaw...no cóż zachowuje się chyba jak stara dewota, która najchętniej wszystkich by pouczała...

2 komentarze: