czwartek, 21 sierpnia 2014

malinowy

Jest godzina 9.15.
Poganiam córkę.
"Laura, Laura chodź ubrać skarpetki!!"
"Laura chodź nałóż kurtkę!!"
Spieszę się, a ona akurat teraz pokazuje lalce jak się gra na pianinie;) O ironio!! Przeważnie nie chce odejść ode mnie dalej niż na jej, jeden, mały krok, a teraz błąka się w odległych zakątkach mieszkania...
Tak zaczyna się mój wolny dzień, czyli dzień u babci.
Moje prawo jazdy skończyło swą ważność jakiś miesiąc temu, do tego mój klucz od auta się rozładował, więc wkładam dziecię do wózka i w drogę. Piechotą jakieś 15 minut i jesteśmy u celu. Przekazuje babci najważniejsze informację i uciekam niezauważona.
Ufff!!
Co robić?
Najpierw POWOLI pójdę w stronę miasta, odwiedzę po drodze kilka lumpeksów, wejdę na targ po świeże owoce i warzywa. Co zrobę na obiad?
Od kilku dni mam totalny kryzys kulinarny. Nie mam ochoty na gotowanie, smakowanie i przygotowywanie posiłków. Z trudem robię rano śniadanie, a wczorajsza owsianka wylądowała w koszu po uprzednim przypaleniu i osoleniu zamiast osłodzeniu. Obiad też nie należał do dań wybitnych, sama nie miałam ochoty go zjeść, a co dopiero podać córce i mężowi:(
Kupiłam kurczaka i włoszczyznę- górnolotnie;)
Wracam do domu, mam przecież całą listę rzeczy do zrobienia. Wczoraj z wypiekami na twarzy skrupulatnie ją tworzyłam , a dziś patrzę na nią zdziwiona...Skąd pomysł by poświęcić wolny dzień na mycie podłogi i prasowanie?;)

Do czego zmierzam?
Ten dzień jakiś dziwny jest. Najchętniej położyłabym się spać i wstała jutro rano, ale to nie w moim stylu. Kawy nie wypiję, bo jestem od kilku dni na detoksie. Zjadłam za to kilka, a może nawet kilkanaście ciastek i...czuję się jeszcze gorzej:)
Po ostatnich doświadczeniach, myślę nad poważnym ograniczeniem cukru. Wydaje mi się, iż wpływa na mnie nieco depresyjnie. Zwłaszcza jesienią i zimą. Mam pewien plan...ale o tym innym razem, a tymczasem zmobilizowałam się by zrobić malinowy drzem. Gotowałam maliny "całe" dwa dni, czas włożyć je do słoików i zachować ich słodycz na zimowe śniadania i popołudniowe wypieki.
Dziś rano dodałam go do kaszy manny, a wczoraj jedliśmy go prosto z garnka. Jest pyszny. Więc mimo chandry i gorszego samopoczucia korzystajcie z resztek owoców i zachowajcie je na dłużej...




Mój mąż zrobił malinówkę, na zimowe wieczory...wspólne!!


4 komentarze:

  1. Jestem pełna podziwu, nie znam młodej dziewczyny, która sama robi konfitury. Zawsze jest tak, że dają je nam młodym własne mamy, prawda? ;) Ja może i bym robiła, ale nie z dzieckiem u nogi ;)
    Kochana myślę też, że odrobina cukru więcej Tobie akurat nie zaszkodzi, jesteś szczuplutka jak patyczek - widziałam na zdjęciach! :)
    Co do malin to mam u siebie przy domu, ale za mało, żeby przeznaczyć je na konfitury, więc podjadamy z Olką z krzaczków, albo ostatnio nazbierałam teściowej. Do tego jeszcze mamy kilka krzaczków borówki (i innych owoców też), więc dałam i teściowej i mojej mamie na pierogi, bo to w sumie krzaczki mojej mamy i sama je sadziła ;) (moi rodzice wyprowadzili się zostawiając nam dom z działką).

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo miły komentarz, chyba się rozpłynę...

    OdpowiedzUsuń
  3. u nas maliny to taki hit, że Lila na jednym posiedzeniu opędzlowała kiedyś cały słoiczek. trzeba jej wydzielać :) "niaam" i "picha"

    OdpowiedzUsuń
  4. Laura na spacerze potrafi zjeść tyle malin i borówek, że dorosły miałby problem;);)

    OdpowiedzUsuń